Natalia Romaniuk słowotokarnia
Słowotokarnia
18 grudnia 2017
Natalia Romaniuk Spojrzeć oczami Beksińskiego
Spojrzeć oczami Beksińskiego
16 stycznia 2018

O nędzy obrazu wirtualnego

Natalia Romaniuk o nędzy obrazu wirtualnego

Natalia Romaniuk - O Nędzy Obrazu Wirtualnego

 

O NĘDZY OBRAZU WIRTUALNEGO

Rozważań kilka o kondycji obrazu cyfrowego w epoce dominacji nowych  mediów, bez pretendowania do bycia znaczącym tekstem, raczej refleksją nad stanem rzeczy. Opisywana w poprzednim wpisie sytuacja recyclingu myśli, idei, słów, tyczy się również obrazów. Obserwuje się ogromny zalew wizualności, nadprodukcję obrazów, a tym samym  dewaluację jego znaczenia. Pisałam o tym w moim doktoracie „De-rekonstrukcja tożsamości. Obraz  w dobie mediów cyfrowych” (link do doktoratu). Codziennie produkowane są reprezentacje chwil w postaci „quick photos”, „selfies”,” „snapphotos” już nie w celu zatrzymania chwili, nie z potrzeby podzielenia się napotkanym zjawiskiem, lecz z potrzeby ego – pokazania siebie, zaistnienia w tym ogromnym mechanizmie zwanym siecią. Intencją nie jest danie wartości światu, lecz zreprodukowanie obrazu siebie, często nieprawdziwego, pokazującego iluzję, kreację, nie mającą zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością.

Udostępnianie obrazów jest dokładnie tym samym, co w wypadku powielania cudzych myśli, chęcią zaistnienia w sieci. To uzewnętrznienie, ekshibicjonizm każdego aspektu życia, niekoniecznie własnego, często nie jest ono bowiem, aż tak wspaniałe, staje się globalną chorobą. Iluzja samych  siebie i swojego życia zbiera plony. Czy zachód słońca obserwowany w samotności, jest tym samym  zachodem słońca, który został uwieczniony iPhonem, udostępniony na Facebooku i skomentowany przez grono przyjaciół,  znajomych, nieznajomych ludzi z sieci? Ego rośnie wraz z liczbą lajków, a jednostka nadal nie potrafi dostrzec piękna roztaczającego się poza ekranem monitora. Zatrzymana chwila, nie została bowiem należycie przeżyta. Wręcz prześlizgnięto się po jej powierzchni, nie miała więc czasu zostawić po sobie śladu. Za pomocą jednego kliknięcia ten niepowtarzalny przejaw boskości, jaki natura przed człowiekiem roztoczyła, zmienił się w milionowy banalny obrazek nie niosący za sobą żadnej treści.

A przecież coś zatrzymało odbiorcę, aby odnotować napotkany widokiem, zgłębić daną chwilę. Jakiś element drgnął w sercu, nie pozwolił przejść obok. Czy była to chęć kreacji, wyrażenia siebie, stania się na moment artystą? A może to już rutyna dokumentowania, udostępniania, rozpowszechniania siebie, kreowania świata w którym można się przeglądnąć i zobaczyć swoją wielkość, popularność, niesamowitość, zachwycić się swoją „fajnością” i znaleźć jej potwierdzenie. Co pcha jednostki do takiego mielenia i bezmyślnego działania? Produkowania obrazów na nieograniczoną skalę, które nie zawierają żadnej wartości, po tysięcznym udostępnieniu, gubią nawet jakość.

Hito Steyerl w swoim eseju „The Wretch of the Screen” (w wolnym  tłumaczeniu: „Nędzny ekran”) opisuje to zjawisko utraty na jakości obrazów, które wędrują po zasobach internetu – kopiowane, zgrywane, przerabiane, udostępniane, konwertowane, tracą swoje  pierwotne znaczenie, stają się marną kopią siebie samych. W rozdziale „In Defense of Poor Image” (w wolnym  tłumaczeniu: „W obronie złego obrazu”) dostrzega, na przykładzie filmów, które są kopiowane i tłumaczone, niejednokrotnie amatorsko gubiąc często subtelności językowe, że ten rodzaj obrazu zyskuje na znaczeniu i posiada swoją własną widownię. Rodzi się zupełnie nowa  jakość, która zaczyna  funkcjonować na swoich zasadach, wytwarzając wokół siebie specyficzną aurę, budując swoją publikę, wypływając tymczasowo na powierzchnię sieci. Mając jednak świadomość, że za moment nadejdzie kres spływającym zachwytom a zainteresowanie publiki dobiegnie końca. Tak jak zachód słońca pojawił się w postaci zdjęcia, by za moment zniknąć (aplikacja Snapchat), tak i te krążące w sieci obrazy mają swoją „przydatność do spożycia”.  Niesmaczne stają się pojawiające się sprzed miesięcy, czy co gorsza lat, dobrze znane filmiki video, memy, „demotywatory”, motywy, zdjęcia, obrazy. Nie inspirują już nikogo, a ich dowcip dawno się zużył.

Ten niekończący się ruch obrazów bardzo trafnie podsumowuje Piotr Zawojski w jednym ze swoich artykułów – „Sztuka obrazu i obrazowania w epoce nowych  mediów”. „Obrazy wędrowały i wędrują – podobnie refleksja o nich jest nieustannym ruchem – myśli, logosu, refleksji. Być może ruch obrazów i ruch refleksji nad nimi czasem zastygają w jakiejś dziwnej synchronii, najczęściej chyba jednak te dwa światy pozostają względem siebie w stosunku asymptotycznym. Zbliżają się do siebie bardzo blisko, niemal się pokrywając, ale do tego bezpośredniego spotkania nigdy nie dochodzi. Obrazy jako nomadyczne twory poszukują dla siebie mediów, media zaś lokują swoje nadzieje w obrazach”. (Piotr  Zawojski, Sztuka obrazu i obrazowania w epoce nowych mediów, wyd. Oficyna Naukowa, dostęp z dnia 5.08.2017: http://www.zawojski.com/2012/12/16/sztuka-obrazu-i-obrazowania-w-epoce-nowych-mediow-3 ). Obrazy szukają swoich miejsc eksplorując najdalsze zakątki internetu, podporządkowując sobie coraz to nowsze media i na dobre znajdując swoje przestrzenie w wirtualności. Nie można oponować, bo sytuacja nabierać będzie na przestrzeni lat, coraz większego tempa. Należy z cichą akceptacją przyjąć nadchodzącą rzeczywistość, która coraz bardziej zmierza w stronę wizualności i teleobecności.

Aż chce się zapytać, co kieruje potrzebą reprodukowania, którą przejawiają współautorzy tego wirtualnego śmietniska? Potrzebą udziału w niekończącym się recyclingu tematów, sloganów, obrazów, pomysłów. Czy jest to próba zbudowania przez jednostkę poczucia własnej wartości na podstawie liczby rosnących „lajków”, dodawanych przez bezmyślnie klikających ludzi. Kompresja plików, użyte filtry, czy wielogodzinne próby uchwycenia najlepszego ujęcia swojej własnej twarzy, czyni jednostkę na chwilę piękną. Tymczasem zamknięta w ekranach swojej samotności udaje uczestnictwo w świecie. Czy jest ono pozbawione autentyczności? Czy w tych rozpaczliwych próbach uchwycenia siebie, zbliża się do momentu prawdy o sobie?

Przeżywane są bowiem prawdziwe emocje, jednostka uczestniczy, dzieli się, uwielbia, kocha, pragnie i się zaspokaja – słowami, obrazami, dźwiękami, wszystkim, co nie jest fizycznością, chociaż często i tą też angażując. Tworzy sobie avatara w sieci (jak nazwał ten twór Mateusz Grzesiak http://www.nataliaromaniuk.com/recenzja-szkolenia-personal-branding-mateusza-grzesiaka), który jest obrazem jednostki w świecie  wirtualnym, jej reprezentantem. Nie można więc zawieźć  naszych facebookowych fanów i pokazać swojej depresji, niekochania samego siebie, lęków, negatywnych emocji, rozbicia wewnętrznego, czy niespójności, chyba, że jest to element tworzonego scenariusza na własny temat. Lepiej tkwić w pięknie kreowanej iluzji i mnożyć nieprawdziwe wersje samego siebie. „Człowiek zamiast w zwierciadle stworzenia przegląda się w sobie samym, to znaczy w świecie, który jest jego własnym wytworem”. (Estetyka wirtualności, red. M. Ostrowski, wyd. Universitas, Kraków 2004, s.46). Rzeczywistość zaczyna  zanika, a pozostaje jedynie jej reprezentacja. Wytwarzany przez jednostkę obraz rzeczywistości staje się jego własnym odbiciem. Łatwo może zatracić ogląd rzeczy. Awatar według Grzesiaka ma służyć, jako narzędzie, do kreacji swojego wizerunku w przestworzach internetu. Problem pojawia się jednak, kiedy osoba zaczyna się z nim zbytnio utożsamiać. Włączają się mechanizmy ego i następuje przylgnięcie do tego sztucznego tworu, wykreowanego na potrzeby biznesowe.

Cisną się na usta pytania: czy obraz wirtualny może wyjść z nędzy znaczeniowej w jakiej przyszło mu egzystować i czy może odzyskać swoje należyte miejsce? Czy należy zaakceptować status quo i nauczyć się funkcjonować w zaistniałej sytuacji? Co by się stało, gdyby jednostka zrezygnowała z grania w grę recyklingu, mielenia, reprodukowania, udostępniania? Czy obraz wycofałby się w znane sobie przestrzenie i zyskał na znaczeniu, jako środek artystycznej kreacji? A może właśnie jego moc tkwi w sile przekazu i nieustannej obecności?

Czy nie jest to decyzja człowieka w jakim świecie chce przebywać i jaką rolę odgrywać? Co by się stało, gdyby jednostka zrezygnowała całkowicie z wirtualności? Rozpłynęła się w oparach rzeczywistości? Zdezintegrowała? Jakby to wpłynęło na jej tożsamość? Lęk przed utratą dostępu do sieci stał się największą zmorą współczesności. Tam czeka wieczna obecność, niekończące się źródło rozrywki, tam znajdzie zainteresowanie, bo takich samotnych, jak ona jest wielu. Czym tak naprawdę jest to zjawisko? Zagłuszaniem wyzierającej coraz większej pustki, która domaga się zajrzenia w jej otchłań? Zagłuszenie jej warte jest każdej ceny, nawet ceny utraty prawdziwej tożsamości, prywatności, czy intymności. Wszystko stało się na sprzedaż. Kupiec się zawsze znajdzie. Wieczna teleobecność, tak kusząca i trwała, daje poczucie bezpieczeństwa. Obrazy są chwilową rozrywką. Ryzyko podejścia do krawędzi otchłani jest zbyt duże, mogłoby się okazać, że znajdujące się w niej treści, są tak ważne, że pozmieniałyby dobrze znany układ. A internetowa papka mogłaby już nie dawać takiej  satysfakcji. Wybór pomiędzy iluzją a prawdą, jest więc prosty, na korzyść iluzji. Tylko czy trafny?

dr Natalia Romaniuk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *