Natalia Romaniuk tożsamość social mediów
Tożsamość Social-Mediów
17 grudnia 2017
Natalia Romaniuk o nędzy obrazu wirtualnego
O nędzy obrazu wirtualnego
19 grudnia 2017

Słowotokarnia

Natalia Romaniuk słowotokarnia

Natalia Romaniuk - Słowotokarnia

 

SŁOWOTOKARNIA – miejsce w głowie, gdzie produkuje się słowa

Słowotokarnia to miejsce w głowie, o którym na co dzień  nie mamy pojęcia, a gdzie  się rodzą myśli, a następnie słowa,  a w zasadzie wylęgają masowo, łącząc w pary, a te z kolei w grupy wspólnych zainteresowań, z których powstają zdania, teksty, monologi, wykłady, niekończące się wypowiedzi, czy zwyczajne tokowanie, czyli międlenie, bzdurzenie, debatowanie, ględzenie, mędzenie, perorowanie, pytlowanie, rozwodzenie się, rozprawianie, paplanie, pitolenie, trucie, terkotanie, czy trajkotanie (dostęp z dnia 2.08.2017: http://synonim.net/synonim/toko- wa%C4%87#g255). Czyli nadmiar wyrzucanych z siebie treści. W zależności od prosperowania „słowotokarni”, ilość produkowanych słów na minutę jest wprost proporcjonalna do ilości przerabianych  myśli. A pojawia się ich nadzwyczaj wiele.

Skąd się biorą myśli w naszej głowie? Czyje one  są? Czy nie przychodzą, gdzieś z zewnątrz? Szczególnie te natrętne, lubiące się zagnieździć w zakamarkach świadomości. Być może były już tam wcześnie, a tylko dają od czasu do czasu o sobie znać. Czy jednak zostały tam  przeze mnie wpuszczone? Kto je tam  włożył? I czy da się je wyjąć? Może głowa  byłaby wtedy nieco lżejsza i mogła skupić się na przyjemniejszych tematach, niż na mieleniu dobrze znanych, zupełnie niesmacznych kęsów dawnych przeżyć, urazów, nieprzepracowanych sytuacji, otrzymanych i zadanych ran, negatywnych emocjach. Może łatwość i lekkość w tworzeniu iluzji rzeczywistości, czy mnożeniu nieprawdziwych historii  na jej temat, opartych na osądzie własnym, odzwierciedlałyby prawdę. Może tokowanie i wylewanie z siebie strumienia słów we wszystkich możliwych kierunkach, byłoby bardziej kontrolowane. Czy gdyby powyciągać te myśli z głowy, to zostałaby ona naprawiona? Jakby  się wtedy zachowywała? Czy byłaby zdatna do dalszej współpracy z resztą organizmu? A może po wprowadzeniu tej nieznanej lekkości  odmówiłaby dalszego działania. Nie mając bowiem żadnego interesującego ją zajęcia, musiałaby skupić się na przeżywaniu rzeczywistości takiej  jaką jest tu i teraz. Bez upiększania, wydziwiania, dodawania treści, opakowywania zdarzeń w nieco ładniejsze kolory, przerysowywania wypowiedzianych słów i sytuacji. Na czym miałaby się skupić?

Sytuacja ta jawi się, jako niesamowita ulga. Pozbycie się całego bałaganu, skupienie się na „tu i teraz”, na bezwysiłkowym „byciu”, a nie ciągłym wracaniu do struktury, która już dawno nie istnieje. Do „było” lub co gorsza do „będzie”. Tkwieniu w jednym lub drugim pojęciu i mieleniu napotykanych tam treści. Może głowa  mogłaby „normalnie” (czy taki stanw ogóle istnieje?) funkcjonować? I najważniejsze pytanie, czy byłoby to w ogóle wskazane? Może zdekonstruowanie takiej struktury, niekończącego się wytwarzania myślokształtów, zrodziłoby długofalowe konsekwencje? Uspokojenie „słowotokarni”, spowolnienie jej linii produkcyjnej, czy wręcz zwolnienie połowy pracowników, mogłoby skutkować wycofaniem się z życia. Osłabieniem procesów myślowych, a co gorsza mogłoby wprowadzić jednostkę w stan wewnętrznej ciszy. A tego współczesny świat  sobie nie życzy. Liczy się bowiem ruch, nadprodukcja myśli, idei, konceptów, realizacji, liczy się działanie, akcja, pęd i niekończąca się pogoń za... Odpowiednie wstaw. Lista ta jest bezkresną litanią  chcenia i pragnień... Nie ma „tu i teraz”. Istnieje stan „było” lub „będzie”, wieczne „chcę”, „mieć”, „posiadać”, „być kimś”, „być z kimś”. Wylewanie nadprodukcji siebie, emocjonalne rozgorączkowanie w potoku formułowanych myśli, niepopartych żadną treścią, staje się sytuacją powszechnie obserwowaną. Potrzeba wyrażania się nie znajduje bowiem w sobie ciszy. „Świat” nie chce, aby droga do niej została odkryta. Mechanizmy oraz reguły nim rządzące. Niepisane prawa, które sprawiają, że idziemy z prądem, dostosowujemy się do systemu i gramy wg ustalonych reguł.

Można by staną w obronie „słowotokarni” i jej pozycji w procesie codziennego funkcjonowania jednostki. Komunikacja werbalna, to sposób, jaki ludzkość wypracowała na przestrzeni dziejów. Być może wymusiła to na nas rozwijająca się cywilizacja. Słowa wypowiadane, pisane, przesyłane, zamieniane na system znaków – emotikonek, komunikaty coraz krótsze, coraz bardziej pozbawione treści, wskazują, jak nielogicznym zaczyna stawać się używanie języka. Aż prosi się, aby w tym miejscu napisać słów kilka na temat ekspansji przedstawienia obrazowego, bo ta sama choroba dotknęła i to zjawisko. Obraz zdominował wszystkie środki komunikacji masowej. O tym jednak innym razem.

W te krótkie, nieistotne półsłowa, półwypowiedzi zostały zamienione wszystkie aspekty życia ludzkiego. Nasze emocje, pragnienia, marzenia, spłycone zostały do „short messages”, gdzie po drugiej stronie ekranu występuje inny system kodowania informacji przez jednostkę i odkodowywania jej. Niemożliwym jest więc odczytanie nadanego komunikatu w sposób właściwy. Znaczenia  słów i sposób budowania przekazu, jest dla każdego inny. Skąd więc to błędne założenie, że współtowarzysz wirtualnej rozmowy właściwie odkoduje nadawany przekaz? „Słowotokarnia” jest dla każdego inaczej działającą jednostką, która używa zindywidualizowanych metod szyfrowania i odszyfrowywania nadawanych komunikatów. Niby znane słowa, poprawnie łączące się ze sobą, w dobrze znane zespoły znaczeniowe, a jednak intencja stojąca za nimi, może być zakryta. Niemożliwa do odkodowania.

Ponadto spłycenie jestestwa do skrótów, emotikonek, uśmieszków, gifów, spowodowało pozbawienie  siebie możliwości niezwykle pięknego wyrażenia się za pomocą słów. Nie wspominając o zubożeniu rodzimego języka i coraz większych wtrętach angielszczyzny. Co więcej, obserwuje się chęć zaistnienia „słowotokarni” w szerszym kontekście. Chęć dotarcia do szerokiego grona odbiorców, chęć pokazania się. Niekoniecznie poprzez autentyczność produkowanych myśli, poglądów, stwierdzeń. Nie to jest intencją „Słowotokarni” – produkcja, wdrożenie i rozpowszechnienie jest przedłużeniem pytlowania przełożonym na sieć. Banał codziennych myśli został odnotowany, rozesłany do setek znajomych, upubliczniony, puszczony dalej.

Czyżby w ten sposób został skrywany brak wartościowych myśli i informacji do przekazania, zastąpiony kolejnym udostępnionym postem, cudzą skopiowaną myślą? Wystarczy wykonać dwie proste czynności – Ctr C i Ctr V (kopiuj, wklej), aby przez chwilę stać się kimś na miano twórcy.

Nie trzeba nawet sięgać do cytowanej literatury, czy znać jej autora. W końcu upolowana „Złota myśl” w sieci należy do polującego. Czy ważne jest, że krąży ona jak widmo  od miesięcy, czy lat po przestworzach internetu i cyklicznie wypływa na powierzchnię. Czy ważne jest, że nie zostanie wytworzona nowa jakość, tylko następuje mielenie dostępnych materiałów, a jednostka poddaje się bezmyślnej rozrywce, nieustannemu recyclingowi myśli, idei, obrazów, video, cudzych słów, stając w jednym szeregu w uwielbieniu za czymś, co nie jest nawet jej wyborem.

Przeczytane słowa  nie zostały „przetrawione”, zrozumiane, zapamiętane i wdrożone. Minęły bezpowrotnie w młynie internetowych sloganów. To nie są czasy, kiedy wędruje się przez życie z wyrytymi w pamięci fragmentami wierszy, bo były tak ważne, że nie można było ich zapomnieć. Poruszyły serce tak głęboko, że nie sposób jest się ich pozbyć.

„Słowotokarnia” znajduje wiele źródeł na swoje spełnienie. Werbalizuje się, wywala treści w przestrzeń rzeczywistą a potem wirtualną, narzuca się światu. Pragnie się zmaterializować i zaistnieć, chociaż na moment stanąć w świetle jupiterów. „Słowotokarnia” nie znosi ciszy. Wszystkie mechanizmy zostają wtedy zatrzymane i może dojść do głosu...  No właśnie... Co?

dr Natalia Romaniuk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *